Wypadki

Na trasie do Morskiego Oka wielokrotnie dochodziło do wypadków z udziałem koni. Wiemy tylko o niewielkiej ich części, jeszcze mniej mamy udokumentowane w postaci filmów czy zdjęć. Czasem po latach od takiego wypadku odzywają się do nas świadkowie, którzy milczeli, bo nie chcieli być ciągani po sądach. Niestety – nie mają zdjęć ani filmow, w związku z czym trudno jest nam udowodnić, że do wypadku faktycznie doszło. Jednak kilka wypadków zostało udokumentowanych i zgłoszonych do nas przez świadków wydarzeń. O tych wypadkach powiadomiliśmy organa ścigania – w większości postępowania były jednak umarzane przez lokalną prokuraturę ze względu na niedopatrzenie się przez prokuratora znamion czynu zabronionego. Na szczęście opinia publiczna dostrzega naganność sytuacji, a udokumentowane wypadki sprawiają, że coraz mniej osób wsiada na wozy, bo nie chcą przyczyniać się do cierpienia zwierząt.

W szczycie sezonu turystycznego, 14 lipca 2009 roku na górnym postoju wozów konnych na Włosienicy po wyciągnięciu na górę wozu pełnego turystów przewrócił się koń Jordek. Jeden z turystów nagrał jak furman, Tadeusz S., próbuje go bezskutecznie podnieść. Niestety – koń wkrótce zmarł na oczach policjantów i strażników TPN. Furman mówił lokalnej prasie: „Gdy koń zdechł, miałem łzy w oczach, bo kochałem go jak członka rodziny. Nie jest prawdą, że koń był wyczerpany czy źle przeze mnie traktowany. Dbałem o niego jak najlepiej”.

Policja otrzymała informację, że fiakier zamęczył konia, wioząc pod górę nadmierną liczbę turystów z Palenicy Białczańskiej do Włosienicy. Zanim policjanci ze strażnikami z Tatrzańskiego Parku Narodowego dotarli na miejsce, koń wstał. Potem został załadowany do ciężarówki i odjechał. Po chwili samochód został zatrzymany przez policję i straż nieopodal przystanku na Palenicy Białczańskiej. Jak wynika z notatki służbowej, sporządzonej przez szefa straży TPN, właściciel konia tuż po zatrzymaniu ciężarówki, dojechał do policjantów i strażników. Próbował sprowadzić zwierzę z samochodu, dawał mu letnią wodę. Koń jednak przewracał się. Wkrótce dotarł weterynarz, który podał mu kroplówkę. Po 2 minutach koń jednak upadł i umarł.

Sprawą znęcania się przez Tadeusza S. nad koniem Jordkiem poprzez niewłaściwe odżywianie i zmuszanie zwierzęcia do ciężkiej ponadnormatywnej pracy, w wyniku czego koń zmarł, zajęła się zakopiańska prokuratura. Po przesłuchaniu – jak podkreślał prokurator rejonowy Zbigniew Lis – bardzo wielu świadków, śledztwo zostało umorzone w grudniu 2009 roku. Zdaniem prokuratora, z materiału dowodowego wynikało, że przyczyną śmierci konia wożącego turystów do Morskiego Oka był nie zawał, ale kolka.– Nie zasięgaliśmy opinii niezależnego biegłego, ponieważ nie było takiej potrzeby – relacjonował wówczas prokurator – Zgromadzony materiał dowodowy pokazał nam faktyczny stan rzeczy, a powoływanie biegłego tylko niepotrzebnie przeciągnęłoby całą procedurę – tłumaczył.

Wydarzenie to wywołało prawdziwą burzę w całej Polsce oraz ogólnonarodową dyskusję, czy górale powinni tak wykorzystywać zwierzęta. Po raz pierwszy bowiem udało się udokumentować śmierć konia na trasie.

19 czerwca 2012 roku, w 30-stopniowym upale, na Polanie Włosienica, po przewiezieniu do góry turystów, przewrócił się koń Cygon. Zgodnie z regulaminem przewozów konnych o takich wypadkach furman musi natychmiast poinformować władze Parku. Jednak w tym przypadku sprawa wyszła na jaw dopiero po kilku dniach, kiedy turyści będący świadkami zdarzenia, przesłali do Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami zdjęcia z upadku konia. Turystka relacjonowała: „Pierwsze co zobaczyliśmy to to, jak nagle koń padł na ziemię. Ludzie wtedy byli w trakcie schodzenia z bryczki. Dookoła stali przerażeni ludzie nie wiedząc co się stało, wokół konia stało dwóch górali – jeden CIĄGNĄŁ leżącego konia do wstawania – tak po prostu, żeby wstał, nawet nie polali go wodą, nie dali nic do picia, żeby trochę go orzeźwić i dodać mu sił! Koń leżał ok. 10 minut na ziemi, nawet nie drgnął. (…) Zajechał wóz, w którym przewozi się konie. Koń ten był na tyle słaby po wstaniu, że wychodząc po desce do tego wozu, nie był w stanie wejść, bo uginały się pod nim nogi”. TTOnZ natychmiast powiadomił o wypadku władze parku.

Na podstawie zdjęć ustalono kto powoził zaprzęgiem. Woźnica wyjaśnił, że koń przewrócił się wskutek gwałtownego hamowania. Później wstał i został odprowadzony do lasu, skąd zabrał go wóz do przewozu zwierząt. Straż Parku TPN w osobie samego Komendanta skontrolowała liczbę i stan koni należących do fiakra, który był właścicielem zwierzęcia. Komendantowi przedstawiono karego konia jako tego, który przewrócił się tydzień wcześniej na trasie.

Po tej kontroli, 25 czerwca 2012 roku Tygodnik Podhalański donosił: „Dziś na konferencji prasowej pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego stwierdzili, że według słów woźnicy koń żyje, a przewrócił się na skutek gwałtownego hamowania”. W komunikacie TPN czytamy: „Jak twierdzi właściciel, koń przewrócił się wskutek gwałtownego hamowania. Został wyprzęgnięty, odprowadzony do lasu, skąd zabrał go wóz do przewozu zwierząt. Był to koń o imieniu Bohun, urodzony w 2006 roku, który pomyślnie przeszedł zeszłoroczne i tegoroczne badania. Kilka dni temu został zaczipowany, nie powinno być więc kłopotów w jego identyfikacji. Jak podaje właściciel, koń jest w dobrym stanie. Trwają wyjaśnianie okoliczności zdarzenia. Jutro, 26 czerwca koń zostanie przebadany przez dwa niezależne zespoły weterynaryjne. W przypadku stwierdzenia jakichkolwiek nieprawidłowości umowa z wozakiem zostanie natychmiast rozwiązana”.

Tymczasem już w dniu konferencji prasowej Beata Czerska z Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami miała informację, że koń nie żyje. Z tego powodu TPN, pod naciskiem opinii publicznej, ponownie sprawdził dokumenty koni. Okazało się, że właściciel zwierząt wprowadził w błąd pracowników TPN, przedstawiając do kontroli konia Bohuna, podczas gdy na Włosienicy przewrócił się najprawdopodobniej koń Cygon. Oba konie były karymi końmi.

Właściciel zeznał wówczas, że sprzedał Cygona w dwa dni po wypadku, ponieważ „się rozleniwił”. Tym samym naruszył kolejne postanowienie regulaminu przewozu mówiące o konieczności informowania TPN-u o chęci sprzedania zwierzęcia. W takich sytuacjach prawo pierwokupu miały w tamtych czasach organizacje ochrony zwierząt. Prawdopodobnie Cygon już następnego dnia po wypadku trafił do rzeźni.

20 lipca 2014 roku pan Marek był świadkiem tragicznego wypadku – koń Jawor, podczas zwożenia wozu pełnego turystów z Włosienicy na Palenicę Białczańską przewrócił się w okolicy leśniczówki Wanta. Pan Marek relacjonował wtedy lokalnej prasie: „Zobaczyłem, że koń leżał na asfalcie. Wyglądał jakby się dusił, bo łańcuch od chomąta zaplątał się w dyszel. Wszyscy starali się go oswobodzić. Jego krtań dociskało chomąto, którego łańcuch zaplątał się na dyszlu”. Koń leżał kilka minut na asfalcie nie mogąc wstać, co dowodzi, że nie chodziło o potknięcie się zwierzęcia. Na zdjęciu widać też, że ludzie trzymają wóz, który staczał się na leżące zwierzę, co może dowodzić nieskuteczności działania hamulców. W związku z tym konie z tego zaprzęgu prawdopodobnie musiały własnym ciałem wyhamowywać pęd wozu podczas biegu kłusem na bardzo stromej trasie z Morskiego Oka. I najwidoczniej był to tak ogromny wysiłek, że koń nie dał rady utrzymać się na nogach i się przewrócił.

Pan Marek opowiadał, że koń po kilku minutach wstał, a jak odchodził słyszał jeszcze, że furman kazał ludziom wsiadać na wóz.„Część osób nie zdecydowała się na to. Były bowiem turystki, które płakały i mówiły, że już nigdy nie wsiądą na wóz” – mówił pan Marek. Jawor po tym wypadku musiał dokończyć kurs i pozostałych chętnych dowieźć ludzi na dół, co potwierdzał wówczas w prasie Stanisław Chowaniec, prezes stowarzyszenia furmanów.

Już rok przed wypadkiem, 13.08.2013 roku lek. wet. Paweł Golonka podczas przedsezonowych badań koni z Morskiego Oka wykrył u Jawora arytmię. Po wypadku u Jawora dwukrotnie, w trakcie badań 29.07.2014 oraz 13.08.2014, stwierdzono blok serca i to było powodem wycofania konia z pracy nad Morskim Okiem.

Tatrzańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami skierowało do Prokuratury Rejonowej w Zakopanem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad Jaworem. Prokuratura wszczęła postępowanie dotyczące biegu konia pod górę, choć Jawor przewrócił się podczas drogi w dół, a następnie postępowanie umorzyła, nie doszukując się w tragedii Jawora znamion czynu zabronionego. Ale nie tylko to ustalenie śledczych budzi wątpliwości co do rzetelności prowadzonego dochodzenia. Prokuratura ustaliła bowiem, że:

Jawor potknął się o nogę drugiego konia z zaprzęgu. Było to ustalenie irracjonalne z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze – konie ciągnące wozy oddziela dyszel i raczej trudno im się potykać w trakcie kłusu w dół o nogi współtowarzysza niedoli. Po drugie – konia po wypadku badał lokalny lekarz weterynarii, który na co dzień również doraźnie leczy konie furmanów, a więc pozostaje z nimi w zależności finansowej. W tym dniu była zarówno wysoka temperatura, jak i wilgotność, które nie służą koniom pracującym na tej trasie. Poza tym lekarz weterynarii ustalił podczas badania, że koń nie cierpiał na żadne dolegliwości po wypadku oprócz otarć, czemu przeczy diagnoza lekarza, który podczas badań przedsezonowych ustalił, że Jawor cierpiał na arytmię i blok serca;

Świadek i autor zdjęcia leżącego Jawora nie został przez policję przesłuchany w toku postępowania. W jego miejsce przesłuchano inną osobę o tym samym imieniu i nazwisku, pochodzącą z tego samego miasta, która zresztą od początku twierdziła, że zaszła jakąś pomyłka, ponieważ nie tylko w dniu wypadku, ale w ogóle nigdy, nie była nad Morskim Okiem. Mimo to tę osobę przesłuchano i użyto jej zeznania jako argumentu ,że do znęcania się nad koniem nie dochodziło, bo ta osoba nie widziała, aby ktokolwiek znęcał się nad koniem, szczególnie że nigdy nad Morskim Okiem nie była. Tymczasem właściwy autor zdjęcia w dniu upadku konia był nad Morskim Okiem, gdyż szedł na Rysy. Co ciekawe – lokalni dziennikarze już następnego dnia po wypadku zdołali dotrzeć do świadka, przeprowadzić z nim wywiady i opublikować je, a lokalna policja w ciągu kilku miesięcy nie potrafiła skutecznie wezwać go na przesłuchanie.

Jawor po wypadku, ze względu na wykrytą podczas badań chorobę, nie wrócił już do pracy na trasie do Morskiego Oka. Został wykupiony przez Przystań Ocalenie. Niestety mimo najlepszej opieki weterynaryjnej kilka miesięcy później zmarł.

0 sierpnia 2014 roku na trasie do Morskiego Oka, na wysokości leśniczówki Wanta, umarł koń 8-letni koń Jukon, ciągnący na górę wóz pełen ludzi. Na trasie pracował od 3 miesięcy. Na filmie, zarejestrowanym przez turystów widać przyczepę do przewozu koni oraz wóz Straży Parku, usiłujący zasłonić filmującym widok, a także słychać pracownika TPN krzyczącego, że mają iść, nie zatrzymywać się i nie przyglądać, bo każdemu się to może zdarzyć. To od razu pokazuje nam, jakie podejście do pracy ponad siły i śmierci koni na trasie do Morskiego Oka mają urzędnicy, powołani do ochrony przyrody. Komendant Straży Parku TPN relacjonował prasie: „Proszę mi wierzyć, kiedy ten koń padł i już się nie podniósł, to fiakier płakał jak dziecko”, kładąc tym samym nacisk na rzekomą tragedię człowieka, który stracił przedmiot służący do zarabiania pieniędzy, a nie na tragedię zwierzęcia. Ponadto usprawiedliwianie człowieka, który mógł przyczynić się do tej tragedii przez funkcjonariusza publicznego, posiadającego uprawnienia policji na terenie parku narodowego, wydaje się być ogromnym nadużyciem.

Już dzień po wypadku Szymon Ziobrowski, dyrektor TPN ogłosił: „Przyczyną śmierci konia był zawał mięśnia sercowego z pęknięciem aorty. Jest to o tyle dziwne, że zwierzę po ostatnich badaniach miało wyjątkowo dobre parametry oddechu i tętna”. 11 sierpnia 2014 roku Tatrzański Park Narodowy w komunikacie na Facebooku oświadczył: „Dzisiejsza sekcja zwłok wykazała, że śmierć Jukona nastąpiła w wyniku pęknięcia aorty i zawału mięśnia sercowego. Wg specjalistów przyczyną mogły być uwarunkowania genetyczne, postinfekcyjne lub pourazowo osłabiona ściana aorty, rozwarstwiający tętniak aorty. Prawdopodobieństwo, że przyczyną zgonu był wysiłek jest niewielkie”. Teza ta do dziś nie znalazła potwierdzenia w faktach, w tym badaniach weterynaryjnych wykonanych podczas sekcji i opinii lekarza weterynarii, który tę sekcję przeprowadził. Koń w chwili śmierci był otłuszczony, co wskazał biegły jako pośrednią przyczynę śmierci, a bezpośrednią była tamponada serca. Koń pracował dopiero około 4 miesięcy, co oznaczało, że nie był wytrenowany, a w trakcie pracy był poddawany ogromnemu wysiłkowi. Opinia biegłego sądowego, który wykonywał sekcje zwierzęcia, diametralnie różniła się do komunikatu TPN, rozpowszechnionego w mediach na dzień przed jej sporządzeniem.

23 czerwca 2016 roku na trasie do Morskiego Oka doszło do kolejnego wypadku z udziałem koni. Świadkowie poinformowali nas, że o godzinie 18 jeden z koni czekających na kurs w dół, upadł się na postoju na Polanie Włosienica i dłuższy czas leżał na ziemi nie potrafiąc wstać. Kiedy wstał – drugi koń z pary upadł łamiąc dyszel od wozu. Oba konie podczas badań weterynaryjnych kilka dni wcześniej prawdopodobnie zostały uznane za zwierzęta nadające się do pracy.

Koń upadł podczas oczekiwania na Polanie Włosienica na swój ostatni tego dnia kurs. Turyści, którzy oczekiwali na zjazd na wozie opuścili pojazd. Do złamania dyszla wozu doszło, gdy przewrócił się drugi z koni zaprzężony do wozu. Warto podkreślić, że drugie ze zwierząt przewróciło się aż dwa razy. Cały wypadek, zgodnie z relacją turystki, wyglądał dramatycznie.

Turystka przesłała nagranie, które dokładnie pokazuje przebieg wypadku. Wynika z niego, że na Polanie Włosienica doszło do przewrócenia się DWÓCH KONI o imionach Zong i Dysk, należących do furmana o numerze licencji 51. Lewy koń przewrócił się podczas oczekiwania na kurs w dół. Koń leżał przez kilka minut na kostce brukowej nie mogąc wstać. W tym czasie z wozu zdążyli zsiąść wszyscy pasażerowie, którzy już na wozie siedzieli. Koń podniósł się dopiero po kilku minutach, po odpięciu pasów od orczycy i stanął pod dyszlem w ten sposób, że zad miał po stronie prawego konia. W tym czasie prawy koń przewrócił się 3 razy, łamiąc dyszel na grzbiecie lewego konia. U lewego konia (o imieniu Dysk) w niedzielę, 19 czerwca, podczas badań, na stanowisku oceny kulawizny na Wodogrzmotach Mickiewicza widoczna była kulawizna, ale lek. wet. Bożena Latocha nie mogła zweryfikować tej informacji poprzez fakt, że TPN nie zapewnił odpowiednich warunków do przeprowadzenia oceny ruchu, ani nie mogła wykonać badania RTG, mimo posiadanego i gotowego do użytku sprzętu. W związku z tym prawdopodobnie kulawy koń został dopuszczony do pracy, co doprowadziło do wypadku zaledwie 4 dni później, po pokonaniu trasy Palenica Białczańska- Włosienica.

 

26 grudnia 2017 roku doszło do kolejnego wypadku, tym razem z udziałem 5-letniego konia Romb. Wypadek miał miejsce w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – w tym samym dniu, w którym doszło do gigantycznych awantur na Włosienicy z udziałem pseudoturystów, którzy nie chcieli schodzić z Morskiego Oka o własnych siłach. Do Fundacji Viva! zgłosił się świadek przewrócenia się konia transportującego turystów na trasie do Morskiego Oka. Zgodnie z relacją świadka koń przewrócił się ciągnąc wyładowany pseudoturystami wóz. Furman nie przerwał jednak kursu i kiedy koń w końcu wstał – załadował ponownie wóz turystami i kontynuował przewóz.

Z informacji uzyskanej u pracownika Tatrzańskiego Parku Narodowego furman nie zgłosił wypadku, choć ma taki obowiązek. W związku z tym Tatrzański Park Narodowy nie miał żadnych informacji o przyczynach wypadku ani o stanie zdrowia zwierzęcia. W związku z tym Fundacja Viva! poprosiła o odebranie licencji na przewóz na tej trasie furmanowi, który nie dopełnił formalności i zachował w tajemnicy wypadek konia. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi na ten wniosek.

Wypadek miał miejsce w dniu, w którym na górnym postoju wozów konnych doszło do przepychanek i awantur z udziałem pseudoturystów, którzy „utknęli” nad Morskim Okiem. Prawdopodobnie konie tego dnia pracowały ciężej niż zwykle, bo było wielu turystów, którzy chcieli bez wysiłku dostać się do Morskiego Oka i z niego wrócić, korzystając z siły mięśni umęczonych zwierząt. „Turyści” dosłownie bili się o miejsca na wozach i tratowali się nawzajem przy wsiadaniu. A konie musiały ciągnąć pełne wozy po zaśnieżonej trasie, co znacznie zwiększa wysiłek, który wykonywały. Nie wiadomo, czy konie tego dnia nie wykonały więcej niż zwykle kursów i czy nie pracowały w szybszym tempie, by przewieźć wszystkich leniwych pseudoturystów. To powinien ustalić Tatrzański Park Narodowy, ale do dziś tego nie zrobił lub nie powiadomił nas o swoich ustaleniach.

Oburzające jest również to, że konie musiały po ośnieżonej trasie ciągnąć wozy, zamiast dużo lżejszych sań, którymi można przewozić tylko 8 pasażerów, a nie 12, jak to jest w przypadku wozów. W przypadku wozów na ośnieżonej trasie przeciążenia są jeszcze większe, niż w przypadku jazdy wozem po asfalcie. Jednak konie musiały ciągnąć ogromne wozy po zaśnieżonej i oblodzonej trasie, a Tatrzański Park Narodowy nie reagował.

18 kwietnia 2018 roku na dolnym postoju na Palenicy Białczańskiej 2 klacze spłoszyły się, gdy do stojącego na przystanku początkowym wozu wsiadali turyści. Konie rzuciły się do ucieczki, ciągnąc za sobą wóz. Uderzyły w drewnianą budkę, w której sprzedawane są bilety do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Z wozu wypadł jeden z pasażerów i doznał poważnego urazu barku. Razem z drugą turystką został przewieziony do szpitala. Z relacji świadków wynika, że konie zatrzymały się dopiero, gdy jedna z jadących na wozie osób zdołała chwycić za lejce. Jedna z osób będących w czasie wypadku na wozie napisała na forum Tygodnika Podhalańskiego: „Byłam na tym wozie. W imieniu własnym i wszystkich uczestników zdarzenia chciałabym z całego serca podziękować Panu, który również znajdował się na wozie. Wykazał mnóstwo odwagi i opanowania, pochwycił lejce i zatrzymał konie. To właśnie on uratował nam zdrowie i być może życie”. I choć komunikat TPN sugeruje, że furman był w tym czasie na wozie: „Wozak zachował się poprawnie, próbując zatrzymać konie, kontrola policyjna wykazała, że był trzeźwy”, wszystko wskazuje, że było jednak inaczej. Z komunikatu TPN wynika również, że koniom po zderzeniu z budką sprzedaży biletów nic się nie stało… Tymczasem nawet kilka tygodni później, podczas badań przedsezonowych, klacze były wciąż wyraźnie poobijane.

13 sierpnia 2012 roku na trasie do Morskiego Oka doszło do wypadku z udziałem 10-letniego chłopca. Dziecko szło trasą do góry w okolicach Wodogrzmotów Mickiewicza. Tam najechał na nie zaprzęg. Furman twierdzi, że dziecko nagle wbiegło pod konie, rodzice chłopca – że woźnica dziecka nie zauważył i dlatego do wypadku doszło. Na skutek wypadku, jak relacjonowały wówczas lokalne media, chłopczyk doznał zwichnięcia kostki oraz urazu brzucha i został przewieziony karetką do zakopiańskiego szpitala. Na szlaku do Morskiego Oka piesi mają bezwzględne pierwszeństwo nad innymi pojazdami, nawet przed faworyzowanymi przez lokalne władze wozami konnymi. Regulują to znaki „strefa zamieszkania”, które zostały ustawione na terenie parku, na którym przecież nikt nie mieszka. To kolejna irracjonalna sprawa, związana z przepisami dotyczącymi trasy do Morskiego Oka. Prawdopodobnie jest to jedyna droga powiatowa w Polsce, która jest jednocześnie strefą zamieszkania, której nikt zgodnie z przepisami nie zamieszkuje.

W lipcu 2013 roku do Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami wpłynęło zgłoszenie o zderzeniu wozów na trasie do Morskiego Oka. Dwa wozy przewożące turystów zderzyły się, a jeden z ciągnących je koni doznał bolesnego upadku. Zaraz po wypadku policji wydawało się, że doszło do niego na skutek awarii wozu. Jeden z uczestników kolizji miał zdaniem policjantów zbyt szybko jechać, w związku z czym od wozu miał odczepić się dyszel i spowodować wjechanie wozu w inny pojazd.

Kilka dni później do redakcji Tygodnika Podhalańskiego dotarł list, w którym przypadkowa turystka, która była tego dnia w Tatrach, opisała szczegółowo przebieg wypadku: „Byłam świadkiem zderzenia dwóch wozów konnych. Było to zderzenie umyślnie zrobione przez jednego z wozaków. Otóż z zazdrości, że inny fiakier mu “ukradł” trzech turystów w Morskim Oku, zaczął go ścigać i wyprzedzać. Mijając drugi wóz (na fragmencie trasy gdzie nie ma miejsca na dwa wozy, czyli 4 konie jadą równolegle, a piesi idą po bokach!), jeden koń uderzył głową w bok jadące konie, te się przeraziły i poniosło je. Po tym co się stało, jeden z turystów o mało nie pobił tego górala za to, co ten zrobił. Naraził wszystkich jadących i pieszych na niebezpieczeństwo“.

Podczas wypadku jeden z koni, zgodnie z relacją świadka, miał się przewrócić.

W sierpniu 2013 roku Tatrzańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami od świadka zdarzenia otrzymało informację, że podczas jazdy w dół z Polany Włosienica w kierunku Palenicy Białczańskiej konie poniosły i furmanowi z trudem udało się wyhamować rozpędzony wóz. Turystom nic się nie stało, ale zwierzęta doznały poważnych obrażeń. Z jego relacji wynika, że wóz z kompletem pasażerów jechał bardzo szybko w kierunku Palenicy Białczańskiej. Sytuacja była bardzo niebezpieczna, ponieważ oba konie zaczęły wierzgać i kopać, a furman nie był w stanie wyhamować rozpędzonego wozu.  

Jak wynikało z relacji świadka w końcu udało się zatrzymać pędzący wóz i pasażerowie w popłochu go opuścili. Po dłuższej chwili konie uspokoiły się i wtedy woźnica, mimo ran widocznych u obu zwierząt, chciał kontynuować przewóz turystów do Palenicy. Jednak Ci odmówili. 

Zgodnie z relacją kobiety, która była pasażerką wozu, jeden koń był bardzo pokaleczony, miał zdartą skórę z prawej tylnej nogi, a lewą nogę mocno pokiereszowaną. Drugi koń krwawił, gdyż został kilkakrotnie kopnięty przez swojego towarzysza. 

Kontakt

Zapisz się na nasz newsletter
i otrzymuj najnowsze informacje.

Nasza społeczność na Facebooku Nasza społeczność na Facebooku

Ratuj Konie :
E-mail : info@ratujkonie.pl
Tel. : 797 649 508
BNP Paribas 19 1600 1462 1030 9079 0000 0025

Biuro :
Fundacja Międzynarodowy Ruch
na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16/39
03-772 Warszawa
www.viva.org.pl

KRS 0000135274
NIP 525-21-91-290
Regon 016409834

Ładowanie treści wpisu

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies . Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych (RODO). Więcej o samym RODO dowiesz się tutaj.